Maria Morzuch
Wehikuł pierwszego impulsu
Zaskakujące obrazy Dariusza Korola są jak enwironment, otaczają bowiem
i napastują oko, osaczając zarazem naszą wszelką możliwą wizualną percepcję,
by potem długo pulsować w przestrzeni. Toczą grę o jak nąjpóźniejsze
wybrzmienie -w naszej siatkówce w przestrzeni, wypływają ze swego dwuwymiarowego
pola i trzymają nas w szachu doznań. Chwilami mają zmysłowość, kojarzącą
się nam z nazwą szlachetnej materii, weluru. Także przez moment, potrafią
jako ułuda przybrać formę obiektu wysuwającego się w naszą stronę, przez
chwilę istniejącego kształtu mającego teraz ostoję także w trzecim wymiarze.
Abstrakcyjne obrazy mają mocną tradycję lat 20-30 w polskiej sztuce,
zarówno w teorii i manifestach awangardy jak i w historycznym znaczeniu
pozostawionych dzieł. Także później, tak wyraziste indywidualności w
polskiej sztuce współczesnej, jak Wojciech Fangor czy Zbigniew Gostomski,
określiły decydujące etapy w praktyce malarskiej a także w refleksji
konceptualnej.
Wojciech
Fangor uczestnik pamiętnej wystawy Responsive Eye w 1965 w nowojorskim
Museum of Modern Art pokazał obrazy pełne kolorów, kół, które były
znaczące wówczas, podobnie jak są aktualne teraz. Takie samo, stwierdzenie
można
odnieść do angielskiej artystki (uczestniczki wspomnianej wystawy)
Bridget Riley, której twórczość wzbudza nadal i na nowo żywe zainteresowanie.1
Fangor jest autorem pierwszego environment w polskiej sztuce, już
w 1958
prezentował wystawę Studium przestrzeni w Warszawie, a rok później
Kolor i przestrzeń w Stedelijk Museum w Amsterdamie.
Zbigniew
Gostomski, istniejący niezaprzeczalnie w polskiej sztuce konceptualnej
jako jedna z jej czołowych postaci, badał nadal możliwości, jednak
nowe pola zachowały malarskie właściwości języka. Jego pamiętny environment
- tworzący wspólna przestrzeń dla malarstwa na ścianie, leżącego
na podłodze i
wolnostojącego jako "brama" pozostał jako niezwykle znaczące
dzieło, spinające tradycję abstrakcyjnego obrazu z nowatorskim zadaniem
przeformułowania granic sztuki w lat 60. Współcześnie tworzący młody artysta Dariusz Korol ma jednak, prócz tej
tradycji, jeszcze w zanadrzu tajemnicę powstawania swoich obrazów, która
radykalnie decyduje także o nieodwołalnym końcu ich istnienia (zazwyczaj
ich fragmentów). Mianowicie, wywodzące się z kopcia świecowego malarstwo,
ma taką naturę, iż dotknięcie palca czy nawet pojawienie się muchy na
powierzchni obrazu powoduje naruszenie warstwy wizualnej. Efekt jest
drastyczny. Zniszczenie. Ale
póki nie tknięte, obrazy Korala powodują pulsowanie w siatkówce oka,
potrafią uaktywnić kaskadę doznań, stając się kapsułą innej rzeczywistości
w której trzymają nas, aż im uciekniemy z pola ich rażenia. Pamiętajmy,
że w katalogu wspomnianej wystawy Responsive Eye sprzed kilkudziesięciu
lat przewija się stale nie tylko sformułowanie - optyczny ale pojawia
się również słowo wirtualny. W czasie dzisiejszym dotyczy ono dostępnych
nam na co dzień przeżyć technologicznie wykreowanych metodą digitalną. Znacznie
wcześniej, jednak słowo to skojarzono z obrazami - ich pulsacją, falowaniem,
drganiem wzbudzonym ruchem pasków i kół, punktów, tarcz w
kontraście kolorów. Z całym tym wielkim spektaklem percepcyjnym,
ocierającym się o zjawisko oftalmii. Tym bardziej, że u współczesnego
artysty metoda efemerycznego istnienia twórczego jest tak podatna na
dramatyczne zdarzenia i szybki rezultat
końca. Ta ich niebywała delikatność powoduje bowiem, że muzealna kolekcja
ma problem z akceptacją aż takiego zagrożenia, zniknięcia-uszkodzenia,
aby w pełni przyjąć formalnie odpowiedzialność za taką nadwrażliwość
dzieła.2 U początku i końca, wszystko jest tak łatwe - do unicestwienia,
do zdmuchnięcia... Jakby przefrunęła kometa. Ale wszystko zdąży zostać
jako powidok pierwszego wizualnego impulsu. Gdy wspomnimy kolory obrazu
- gęste i zmieniające się rytmicznie w różnorodne paski, momentami
przechodzące włoskowato w następny, to wydaje się, że
biorą one udział w zjawisku stopniowej osmozy jednej barwy z drugą. Podobnie
jak przebiega osmoza obrazu Korola z wnętrzem, przestrzenią, tylko wydaje
się być tak inaczej urealniona. Trwa naszym spojrzeniem.
Jak mówi
Bridget Riley, kolor i forma nie są kompatybilne. Kolor potrzebuje
tylko neutralnego wehikułu. Ostatnie kuszenie artystyczne Korola, to
projekt "wiszącego" sufitu
w Galerii Kont w Lublinie, który jak miękki i włochaty dywan, nagle
wbrew wszystkiemu tkwiący nad naszą głową, być może zaburzy przez chwilę
nasze
poczucie stabilnego porządku. Bowiem, tam w górze zamiast przyzwyczajenia
i chmur, pojawia się zmysłowa czasza poskładana z fragmentów kopuły,
nieboskłon z dymu. Dotychczasowa neutralność ponad głowami odwiedzających
galerię staje się miejscem zsyłającym wrażenia, zamienia się w decydujące
pole. Niuanse dotychczasowej gry jaką artysta prowadzi z odbiorcą jego
dzieł, zostaną mocno wzmocnione. Orkiestracja doznań "spadających" z
góry, tym bardziej zaburzy percepcję .
Wyjątkowo pojawi się też element dotykowy, gdyż oglądający stanie tym
razem w galerii na bardzo miękkim gruncie, l będzie mógł sobie brodzić
w niezwykle puszystym dywanie, stopami tutaj a spojrzeniem w górze. Już wcześniej miały miejsce wystawy znajdujące ujście dla gry obrazów
z obrazem. Od około dwóch lat bowiem artystę zajmują też projekcje slajdów
-jednych obrazów na inne, wiszące realnie na ścianie. Co ciekawe, były
to wizerunki już nie istniejącego malarstwa, zniszczonego, które przepadło...
To, czego już zupełnie nie ma, zdecydowało w rezultacie o finalnym wizerunku
dzieł obecnych w galerii. Ułuda na moment stała się prawdą. Jest to dalszą
konsekwencją idei tworzenia obrazów Koro-la, własnego rozumienia ich
roli, wydania ich - na dotyk przypadkowy lub nie, celowego pozbawienia
wszelkiej osłony zabezpieczającej tak efemerycznie istniejącej warstwy,
wpisując w cały proces stałe ryzyko ulotnego żywota. l można
zapytać za artystą - gdzie są te obrazy? Gdy elementem związanym z
obrazem jest jego znikanie, to pierwszy gest stworzenia jest zarazem
kategorią organicznie wyznaczającą sposób ich ginięcia. Artysta nie
negocjuje
potem dalszego losu swoich obrazów -ani to manifestem ani też przezroczystą
osłoną z plexiglasu - lecz raczej skazuje je na zupełnie własny los
i różnorodne spotkania. To co zniknie, jest dowodem na "obtoczenie
się" w codziennej rzeczywistości - całej
przypadkowości, czyjejś obecności czasem bezmyślnej, zbytniej ciekawości
a może nawet i złośliwości. Zresztą pokusa jest silna, skoro na wystawie
Galerii Wymiany w salach muzealnych, nawet profesor historii sztuki
nie oparł się i instynktownie dotknął lica obrazu, nim można było skończyć
zdanie na temat tajemnicy wizualnej kruchości dzieła Korola. Życie
obrazu
wyraziło się w pełni przez - brak, uraz, usterkę. Na to skazał je artysta
od początku, który wycofując się z panowania nad dziełem wybrał szczególną
metodę tworzenia. Stało się to wbrew historii malarstwa, pewności i
wiary zdobytej przez artystów dawno temu.
Maria Morzuch, maj 2001